Scenariusz teatralny

Włóczęga i baśnie

Autor: Wioletta Piasecka


                            WŁÓCZĘGA I BAŚNIE

 

Występują:

 

Karczmarz

Karczmarzowa

Zuzanna

Doktor

Włóczęga

Ksiądz

Drwal

Paciaty

Paciatowa

 

                                               SCENA I

 

(Karczmarz, Karczmarzowi, Paciaty, Drwal, Włóczęga)

 

(W karczmie, przy drzwiach, Karczmarz uderza chochlą w patelnię. Karczmarzowi z miotłą w ręku przegląda się w lustrze, stroi miny i poprawia włosy.)

 

Karczmarz

Chodźcie do mnie przyjaciele w dni powszednie i w niedzielę. Chodźcie, chodźcie, się radujcie, ale grosza nie żałujcie. Grosza nie żałujcie!  Tylko grooosza nie żałujcie!!! Grosza, grosza nie żałujcie!

 

(Do Karczmy wpadają: Drwal i Paciaty)

 

Drwal

Gospodarzu, dajcie wina. Toć dziewiąta już godzina, a my tu o suchym pysku, już do domu czas wychodzić!

 

Paciaty

Czy nas tutaj chcesz znów głodzić? Pić nam nie dasz?

 

Karczmarz

Stara! Chodź tu! Co tam robisz?! Rzuć tę miotłę! Dolej gościom wina!

 

Karczmarzowa

Co?!

 

Karczmarz

Noc dopiero się zaczyna! Pić chcą ludzie! Czy nie słyszysz?!

(Karczmarzowa rzuca miotłę i krzycząc rusza w stronę lady, za którą stoją beczki z winem)

 

Karczmarzowa

Idę, idę, ale mogę nalać wina tylko wtedy, gdy zobaczę, że co biorą, to zapłacą.

 

(Karczmarz rozgląda się chytrze po sali, sprawdzając, czy go nikt nie słyszy)

 

Karczmarz

Cicho, babo, czego krzyczysz? Do wypłaty jeszcze tydzień. Pisz na kartce póki widno!

 

(Karczmarzowa z hukiem stawia na ladzie dwa kufle z winem. Karczmarz upija z każdego po parę łyków, ociera sumiaste wąsy i rusza na salę)

 

Karczmarzowa

Już mi wszystko to obrzydło.

 

Drwal

Gospodarzu siadaj przy nas.

 

Karczmarz

To wam powiem chłopy moje: napój u mnie pierwsza klasa!

 

Paciaty

Zatem zdrowie gospodarza!

 

(Drzwi otwierają się i staje w nich człowiek bardzo stary i zmęczony, otulony w stare łachmany. Podpiera się na kiju. Trzyma w ręku mały węzełek owinięty sznurkiem)

 

Włóczęga

Gospodarzu, czy się znajdzie skrawek miejsca na podłodze?

 

(Karczmarz mierzy wzrokiem Włóczęgę, po czym cedzi przez zęby)

 

Karczmarz

Tak za darmo?

 

Włóczęga

Mniej dziś serce gospodarzu. Ja już dalej iść nie mogę.

 

 

Karczmarz

Tak za darmo?!!!

 

Włóczęga

Opowiadać, panie, mogę

 

Karczmarz

Cha! Cha! Cha!

 

Włóczęga

Panie, każdy człowiek, wierz mi proszę, urodzony jest do czegoś. Jeden lubi rąbać drzewo, inny w karty chce wygrywać, trzeci wiersze wypisywać... Ja zwiedziłem kawał świata, znam historii ponad tysiąc i jeżeli tylko zechcesz, to ja nawet mógłbym przysiąc, że je gościom twym opowiem... Tylko... Czy się tutaj schronić mogę?

 

(Karczmarz krztusi się ze śmiechu)

 

Karczmarz

Stop! Stop! Szkoda czasu mego na słuchanie byle czego! Idź skądś przyszedł. U mnie miejsca nie zagrzejesz.

 

 

Włóczęga

Panie, proszę, okaż serce.

 

(Włóczęga pada na kolana i składa ręce jak do modlitwy)

 

Karczmarz

Już! Wynocha! Ale prędzej!

 

(Włóczęga ze spuszczoną głową wychodzi. Karczmarzowa, która przez cały czas stoi za ladą oparta o miotłę, nagle z zaciętością zwraca się do męża)

 

Karczmarzowa

Jogging, dżoga teraz w modzie, a ja? Kiedy mej urodzie pomóc mogę? Co? No, powiedz, powiedz, proszę. No, sam widzisz, nie mam czasu! Moja cera delikatna tak jedwabna, tak powabna zwiędnąć może, bo ty przecież żałowałeś dla mnie grosza. Cały dzień ze szmatą latam!!!

 

Karczmarz

Ale o co tobie idzie?

 

 

Karczmarzowa

Przecież mógłby u nas zostać.

 

 

Karczmarz

Ten włóczęga?

 

Karczmarzowa

Oj, ty stary, ale głupi. Przecież nie chciał cię obłupić. Chciał tu tylko przenocować.

 

(Karczmarzowa odrzuca miotłę i szybkim krokiem rusza w stronę męża)

 

Karczmarz

Tak za darmo?

 

 

Karczmarzowa

Przecież mógłby odpracować.

 

Karczmarz

Wiersze klepać?

 

(Karczmarzowa puka się w czoło)

 

Karczmarzowa

Jakie wiersze? Co ty pleciesz? Karczmę mógłby oporządzić.

 

Karczmarz

A ty?

 

 

Karczmarzowa

Ja tu teraz będę rządzić. Przyznaj sam, że twoja żona, taka piękna, taka młoda, nie stworzona jest do tego, by podłogę ciągle myła.

 

 

 

Drwal

Patrz, baba mu się zbiesiła.

 

Paciaty

Na biednego nie trafiło. Niech się kłócą. Forsy mają co niemiara, to i baba zbaraniała. 

 

(Drwal i Paciaty wychodzą)

 

                                              

 

SCENA II

 

 

 

(Włóczęga, Paciatowa, Zuzanna)

        

Włóczęga

Jaka zimna noc deszczowa, ani nie ma przenocować gdzie za bardzo, ni zjeść, ni z kim pogadać, a tak lubię opowiadać i umilać ludziom czas. Ach, podeprę się na kijku, bo już dłużej nie mam siły iść w tę noc tak nieprzyjemną, zimną, wietrzną, bardzo ciemną.

 

(Opiera się o drzewo. Kijkiem maca twardy grunt. Zwiesza głowę i trzęsie się z zimna. Nagle widzi przed sobą oświetlony dom)

 

O, światełko jest w oddali. Pójdę tam. Tam na pewno dobrzy ludzie są. Może w sercach ich rozpali się iskierka miłosierdzia dla starego wędrowca…

 

(Puka, lecz długą chwilę nikt nie odpowiada)

 

Czyżby nikogo nie było? Nie, no przecież pali się światło.

 

(Puka jeszcze raz, tym razem energiczniej. Za drzwiami słychać czyjeś człapanie, otwieranie zasuw i gderliwy głos Paciatowej)

 

Paciatowa

O tej porze do domu się wraca?!!! Pewnie w karczmie znowu byłeś, pół wypłaty zostawiłeś tam. Znów ta jędza, jego żona, kupi ciuchów pół wagona i… i… i ... jeszcze korali wór.

 

(Drzwi otwierają się i staje w nich Paciatowa. Na widok Włóczęgi cofa się pół kroku)

 

Paciatowa

A, a, a kogo to diabli nadali?

 

(Włóczęga zdejmuje z głowy stary słomiany kapelusz)

 

Włóczęga

Wszelki duch Pana Boga chwali. Gospodyni, idę z daleka, a tu taki ziąb. Długa droga mnię jeszcze czeka, przyjmij mnie pod swój dom.  Podziel się kawałkiem chleba.

 

 

Paciatowa

A jeszcze czego! A wynocha stąd!

 

 

Włóczęga

Gospodyni okaż serce. Nic nie jadłem od miesięcy. Jestem już u kresu sił.

 

Paciatowa

Co też mnie obchodzić może los włóczęgi?!!! Zaraz psami cię poszczuję. A masz!

 

(Słychać szczekanie psa. Włóczęga ucieka)

 

Włóczęga

Olaboga! Olaboga!

 

(Po chwili zasapany mówi do siebie)

 

Jak trudno się dostać do serca człowieka, jak trudno wyprosić kawałeczek chleba, to wiem tylko ja. Położę me kości pod brzozą, liśćmi się przykryję, może nic się nie stanie złego, może do rana jakoś przeżyję.

 

(Kładzie się na ziemi. Zalega cisza, ale po chwili z oddali wyraźnie daje się słyszeć cichy śpiew)

 

Czy ja dobrze słyszę? Ktoś piosenkę nuci?

 

(Podnosił się na łokciu i nasłuchuje)

 

Tak! Nie zdaje mi się. Ktoś piosenkę nuci

 

(Podnosi się. Otrzepuje ubranie)

 

On się na pewno ode mnie nie odwróci, bo przecież stary poeta często powtarzał: „Gdzie słyszysz śpiew, tam wstąp. Tam ludzie dobre serca mają, bo ludzie źli, ach, wierzaj mi, ci nigdy nie śpiewają”.[1] Nie ma co czekać pójdę tam prędko i sprawdzę komu tak pięknie w duszy dziś gra.

 

(Puka nieśmiało. Śpiewanie ustaje. Jednak po chwili dziewczęcy głos pyta)

 

 

Zuzanna

Kto tam?

 

(Włóczęga przysuwa głowę do samych drzwi cichutko mówi)

 

 

Włóczęga

Słyszałem jak pięknie śpiewasz. Jestem zmęczonym wędrowcem. Szukam noclegu i kawałka chleba, przyszedłem tutaj, bo wierzę, że twe dobre serduszko ulituje się nade mną.

 

(Drzwi od razu się otwierają)

 

Zuzanna

Ależ proszę, zapraszam serdecznie, proszę wejść tutaj, proszę wejść koniecznie. Choć biednie w izbie, sprzętów niewiele, lecz łóżko zawsze się znajdzie. Ugoszczę pana jak przyjaciela.

 

Włóczęga

Masz dobre serce i piękną duszę. Swą szlachetną postawą do łez mnie wzruszasz. Straciłem nadzieję i nie wiedziałem, czy znajdę miejsce, gdzie się podzieję w tę noc okropną.

 

(Włóczęga podnosi dłoń, by pogłaskać dziewczynę, ale Zuzanna z przerażeniem, spostrzega, że z jego ręki leje się krew)

 

Zuzanna

Och, pan jest ranny! Trzeba doktora!!!

 

Włóczęga

Nic mi nie jest, panienko

 

(Zuzanna przykłada Włóczędze ręcznik)

 

Zuzanna

Ależ widzę przecież, że ręka jest chora i mocno krwawi.

 

Włóczęga

Nic mi nie jest. Nic mi nie jest.

 

Zuzanna

Proszę odpocząć. Ja zaraz wrócę.

 

(Zuzanna wybiega. Włóczęga zostaje sam. Rozgląda się bezradnie po izbie. Wyciąga ręce w stronę kominka)

 

 

Włóczęga

Dom taki biedny, a jak tu miło. Mebli niewiele, a tyle czasu by się spędziło pod dachem tym przyjaznym. Tylko na chwilkę odpocznę sobie, ręce wyciągnę w stronę kominka, bo wiatr mnie owiał, od deszczu zmokłem. Zimno okropne. Psy rozerwały me stare szaty. Jutro pomyślę, co dalej będzie, którą pójść drogą. Dziś się nacieszę miłą gościną i widokiem tej ciepłej chaty.

 

 

 

 

 

                                      SCENA III

 

 

(Zuzanna i Doktor)

 

(Dom Doktora. Zuzanna poprawiając przemoczoną chustkę na głowie puka i mówi do siebie)

 

Zuzanna

Dobrze, że doktor jeszcze nie śpi.

 

Doktor

Proszę! Otwarte!

 

Zuzanna

Panie doktorze, panie doktorze...

 

Doktor

Witaj Zuzanno. Co cię sprowadza w tę noc tak zimną i nieprzyjemną? Coś ci się stało?

 

Zuzanna

Nie, nie kłopot ze mną. Lecz w domu moim znalazł się chory.

 

Doktor

Któż taki?

 

Zuzanna

Zbłąkany starzec. Chyba włóczęga.

 

Doktor

Chodźmy czym prędzej. Czy bardzo chory?

 

Zuzanna

Krwawi mu ręka i bardzo jest zmęczony.

 

Doktor

Skąd ty go wzięłaś?

 

 

Zuzanna

Usłyszał jak piosenkę śpiewam. I przyszedł. Nie miałam serca odmówić mu schronienia.

 

Doktor

Tak być nie może! Mieszkasz samotnie. Przecież to jest nie do wybaczenia!

 

 

Zuzanna

Panie doktorze, on tak żałośnie na mnie spoglądał, że pomyślałam, że pomyślałam... No, po prostu, nie mogłam odmówić mu małego kąta.

 

 

Doktor

Oj, Zuzanno, Zuzanno jesteś za dobra dla ludzi, a swoją drogą powiem ci tyle, że kiedyś twa dobroć przeciw tobie się obróci.

 

 

Zuzanna

Panie doktorze, to niepodobna, by ludzie nienawiść w sercach nosili.

 

 

 

(Doktor w pośpiechu pakuje torbę lekarską)

 

 

 

Doktor

Dobrze już dobrze, nie traćmy więcej ani chwili, przecież być może to złodziej jakiś lub bandyta, taki, co się nawet nie spyta czy wolno, ale weźmie, co dobre i pójdzie gdzieś sobie.

 

(Wychodzą)

 

 

 

 

SCENA IV

 

 

 

 

(Zuzanna, Doktor, Włóczęga)

 

 

(Dom Zuzanny)

 

Zuzanna

Ciii, zasnął biedny staruszek. Panie doktorze, proszę zobaczyć, to żaden złodziej. Ma piękną duszę.

 

Doktor

Jak to poznajesz?

 

Zuzanna

Z całej postaci spokój wychodzi, a przecież zanim do mnie tu zbłądził, niewesołe były jego losy.

 

Doktor

No tak, masz rację, ale nie szkodzi być ostrożnym. Zacznijmy pracę.

 

Zuzanna

W czym panu pomóc?

 

Doktor

Zagrzej mi wody w misce niedużej. Dokładnie rany przemyć mu muszę nim je zaszyję.

 

(Włóczęga nagle zrywa się z fotela. Rozgląda się, nie wie, gdzie jest)

 

Włóczęga

Już, już idę. Już wychodzę, gdzie mój kijek?

 

Doktor

Połóż się dobry człowieku. Rany ci myję, zaszyć je trzeba.

 

Zuzanna

Jest pan bezpieczny.

 

(Włóczęga na widok Zuzanny uspokaja się, siada wygodniej w fotelu i wyjaśnia nieśmiało)

Włóczęga

Ja tylko chciałem kawałek chleba.

 

 

Zuzanna

Już zupę grzeję! Pierogi z mięsem, jedną chwileczkę.

 

(Wybiega do kuchni)

 

 

Doktor

O, jaki zapach, czy zupki znajdzie się trochę więcej w domu?

 

 

Zuzanna

Panie doktorze, komu, jak komu, ale dla pana znajdzie się zawsze.

 

Doktor

Droga Zuzanno, jesteś aniołem.

 

Zuzanna

Panie doktorze, te słowa miłe sprawią, że zaraz z pochylonym czołem przed panem będę chodziła, proszę nie patrzeć, bym się wstydziła swoich rumieńców.

 

Doktor

Przepraszam, lecz jestem oczarowany, a może nawet...

 

 

Zuzanna

Niech pan nie kończy, bo to za wcześnie!

 

 

(Włóczęga z zaciekawieniem przygląda się to Zuzannie, to Doktorowi. Widząc zakłopotanie w ich oczach chrząka i podsuwa Zuzannie swój talerz)

 

Włóczęga

Pyszna zupa, czy mogę jeszcze?

 

 

Zuzanna

Tak! Bardzo proszę. Czy panu również?

 

 

 

Doktor

Przepyszna zupka, ale dziękuję, bo drugi talerz na noc niezdrowy, w nocy żołądek słabiej pracuje. Pójdę już sobie.

 

 

(Doktor wstaje od stołu i z ociąganiem chowa do torby nożyczki i nici chirurgiczne. Zuzanna zrywa się od stołu)

 

 

Zuzanna

Bardzo dziękuję, że mi pan pomógł, panie doktorze. A może pan też tu przenocuje? Miejsca niewiele, ale wygodnie.

 

Doktor

Pójdę do siebie, choć późna pora, ale tymczasem ktoś inny może potrzebować doktora i gdzie mnie szukać? Jutro w południe przyjdę zobaczyć jak ma się chory.

 

Zuzanna

Upiekę ciasto, jak pan pozwoli.

 

(Doktor wychodzi, a Zuzanna jeszcze długa za nim spogląda. Po chwili zwraca się grzecznie do Włóczęgi)

 

Zuzanna

Jest pan zmęczony długą wędrówką, zaraz pościelę dla pana łóżko, by odpoczynek pan tutaj znalazł.

 

 

(Ściele łóżka. Gasną światła)

 

 

 

 

 

                                               SCENA V

 

 

 

(Doktor i Paciatowa)

 

 

 

 

Doktor

Dlaczego wcześniej nie zauważyłem, jaka jest śliczna, dobra, szlachetna?

 

(Staje mu na drodze sąsiadka Paciatowa)

 

Paciatowa

O, to pan Doktor źle jakoś sypia?!

 

Doktor

Nie, niosę pomoc, to sprawa zwykła.

 

Paciatowa

Pomoc? Zuzannie? Nie chcę być wścibska, ale widziałam skąd pan wychodził, no i Zuzanna w oknie stała, patrząc na pana. Czy bardzo chora?

 

Doktor

Zdrowa jak rybka.

 

 

Paciatowa

Więc po co pomoc Doktora szybka?!!! W dodatku w nocy?

Już ja się domyślę, mam bystre oczy.

 

Doktor

Pani wybaczy, że się pożegnam.

 

(Doktor uchyla kapelusza i odchodzi pospiesznie, starając się wyminąć sąsiadkę)

 

 

Paciatowa

Tak proszę, proszę, nie będę wredna.

 

(Paciatowa mówi do siebie konspiracyjnym szeptem0

 

To ci dopiero Doktorek jeden. Po nocach lata i to dlaczego? Ni do chorego, ni do zdrowego? Zagadka wielka! Już ja się prawdy domyślę, już ja się dowiem, dowiem nie zmyślę. Stać tu i czekać z taką nowiną? Stać tu i czekać, a chwile płyną. A, prawda noc jest. Zaraz, zaraz, a po co ja tu właściwie stoję? A, wiem już! Czekam tu i czekam na tego pijaka, mojego starego. Oj, ten Paciaty! Ja mu pokażę! W karczmie to siedzi i Karczmarzowej umizgi bredzi. Ale ja im to z głowy wybiję! Już ja im to z głowy wybiję!!!

 

 

                                               SCENA VI

 

 

 

 

(Karczmarz, Karczmarzowi i Paciatowa)

 

(W karczmie)

 

Karczmarzowa

Karczmy nie sprzątnę. Nie będzie czyściej!

 

Karczmarz

Nie sprzątniesz? Czemu?

 

Karczmarzowa

Paznokcie zniszczę, fartuch ubrudzę, korale schlapię...

 

Karczmarz

To kto ma sprzątać?

 

(Karczmarz stoi na środku karczmy i bezradnie drapie się w głowę)

 

Karczmarzowa

Mnie o to pytasz? Był przecież zeszłej nocy ten stary Włóczęga, ale chętny do pomocy.

 

(Karczmarz nagle zaczyna krzyczeć)

 

Karczmarz

Ten włóczykij?! Oberwaniec?! On nie chciał sprzątać!!! On chciał mieszkanie na noc załatwić sobie i to za co? Za bajek opowiadanie!!!

 

Karczmarzowa

A niechby spał tu! Już ja roboty bym mu zadała, wcale bym go nie oszczędzała. Kazała sprzątać, zmywać, gotować, gości obsłużyć i... No, zresztą, wszystko robić by musiał. A tak, co? Ja jestem damą, ja przecież muszę na wczasy jechać, po lesie biegać, kwiatuszki zrywać, no i do tego w basenie pływać, by wyszlifować moją figurę.

 

(Karczmarzowa chwyta brzeg sukienki i okręca się na środku, aż widać lekko nadszarpnięte koronki z jej pantalonów)

 

 

Karczmarz

Nie wrzeszcz już, babo! Skończ już tę bzdurę!

 

 

(Karczmarzowa zatrzymuje się natychmiast)

 

 

Karczmarzowa

Jakiś ty głupi, aż szkoda gadać, żeś go wygonił!

 

 

Karczmarz

Dobrze zrobiłem, Stary chciał bajki tu opowiadać. To ci dopiero! A swoją drogą dość już tych wrzasków. Łap się za miotłę. Wychodzę teraz, ale jak wrócę ma tutaj błyszczeć i goście siedzieć zadowoleni. Jak tak nie będzie, to będziesz ty miała ze mną do czynienia.

 

 

(Karczmarz wychodzi, ale. w drzwiach wpada na niego Paciatowa, mijają się bez słowa)

 

 

Paciatowa

Karczarzowo, chodź tutaj szybko!!! Chodź, to opowiem ci wieść niezwykłą! Znasz ty Doktora?

 

 

(Karczmarzowa spogląda w lustro i odruchowo poprawia włosy)

 

 

Karczmarzowa

No, jakże bym go nie znała...

 

Paciatowa

Cicho, posłuchaj. Wczorajszej nocy, jakżem czekała na mojego starego, bo w karczmie siedział u tej... yyyyyy... Na drodze stałam i wtedy go spotkałam.

 

 

Karczmarzowa

Kogo?

 

Paciatowa

Doktora, no przecież mówię. Szedł od Zuzanny, cały czerwony, wzrok miał błędny, jakby zamglony. Nawet przystanąć przy mnie nie raczył i daję głowę, że jak zobaczył mnie na tej drodze, to chętny byłby skoczyć na boczek, by mnie nie spotkać. Ale ja jestem kobieta sprytna. Już ja całą sprawę sama zbadałam.

 

 

(Karczmarzowi robi złowieszczą minę Karczmarzowi tupie nogą)

 

 

Karczmarzowa

Nieprawda! Doktór, to moją urodę chwali.

 

 

Paciatowa

No, jeszcze tego w kinach nie grali!

 

 

Karczmarzowa

A co ty myślisz? Ja jak ubiorę sznurek korali, włosy owinę w chustkę jedwabną, to wszystkie chłopy zaraz tu padną. Ja jestem damą z wielkiego świata i ten nasz Doktór, to za mną lata.

 

 

Paciatowa

Prawda jest taka: Ten nasz Doktorek od Zuzki wracał samotnie w nocy, prawie nad ranem, a ona go w oknie wypatrywała. I co ty na to?

 

 

Karczmarzowa

To bzdury jakieś! To jakieś brednie!!!

 

 

 

Paciatowa

Mówię jak było!

 

 

Karczmarzowa

Doktór szlachetny, Doktór uczony, on przecież nie mógłby mieć takiej żony suchej i brzydkiej. Toć ta Zuzanna okropnie wredna i stara panna. Co ona może wiedzieć o świecie? A taki Doktór bywa w powiecie i musi żonę mieć odpowiednią.

 

Paciatowa

Ale ożenić się kiedyś musi!

 

Karczmarzowa

Ależ wiem o tym!!! Ale niech wstrzyma się jeszcze chwilkę. Pośpiech to tutaj gość nieproszony. Ja mu doradzę jak szukać żony.

 

Paciatowa

A skąd ty wiedzę masz w tym zakresie?!!!

 

(Karczmarzowi wyniośle oświadcza)

 

 

Karczmarzowa

Bo jestem damą i bywam w świecie.

 

 

(Obie panie rozchodzą się w przeciwne strony)

 

 

 

 

 

                                      SCENA VII

 

 

(Doktor, Zuzanna i Ksiądz)

 

(Zuzanna idzie nuci sobie piosenkę i mówi do siebie)

 

 

Zuzanna

Jak lekko mi dzisiaj na duszy. Czy w sobie tę radość zagłuszyć? No, ale nie mogę! Nie mogę i nie chcę. Pragnę cieszyć się jeszcze troszeczkę.

 

 

(Z drugiej strony wioski idzie Doktor)

 

 

Doktor

Olśnienie to jakieś? No przecież! Jak mogłem tak chodzić po świecie? Nie widzieć Zuzanny, nie słyszeć. Jej głosu, jej śmiechu, jej wzruszeń. Jej serca dobrego nad wszystkie. Jej oczu prześlicznych, ich błysków.

 

 

(Już mają się spotkać, wyciągają do siebie dłonie, gdy nagle, jak spod ziemi, zjawia się ksiądz i staje pomiędzy nimi)

 

 

 

Ksiądz

Ładna z was para dzieci kochane. Już ja od dawna przeczuwałem, że szczęście was spotka, ino kawałek czasu potrzeba było, żeby wszystko się w waszych główkach dobrze ułożyło. No, ale teraz, co tu ukrywać, iść trzeba szybko do kościółka, zapowiedzi zapisywać. Zapraszam, zatem, w zakrystii progi, pobłogosławię was na dalsze szczęśliwe życia drogi.

 

 

Zuzanna

Proszę księdza drogiego, ja… ja… jeszcze nie mam narzeczonego

 

 

Ksiądz

Czy chcesz mi powiedzieć dziecino, że ten młodzieniec na tyle jest niemądry, że nie chce się ożenić z taką piękną i dobrą dziewczyną?

 

 

Doktor

Ależ chcę! Chcę! Niczego innego nie pragnę!

 

 

Ksiądz

No, ja tu zaraz pęknę. Dlaczego jeszcze nie poprosiłeś tego aniołka o rękę?

 

 

Doktor

Proszę księdza, skąd mogłem wiedzieć... Czy Zuzanna, taka miła i piękna, zechce mnie? No, nie młodego już przecież… młodzieńca.

 

 

Zuzanna

Ależ panie Doktorze, jak może pan mówić coś podobnego! To ja nie wiem, czy tak mądry człowiek i wykształcony, nie zechce szukać sobie mądrzejszej i lepszej żony?

 

 

 

 

Doktor

Zuzanno moja, Zuzanno miła, czy chcesz mnie takiego? Nic nie ma we mnie doskonałego. Jedynie praca, jedynie ręce, jedynie miłość i moje serce, które na zawsze bije dla ciebie…

 

 

(Doktor klęka przed Zuzanną. Bierze jej dłoń w swoje dłonie i całuje)

 

 

Zuzanna

Panie Doktorze, ja chcę ja pragnę... Ja ufam panu, ufam najbardziej w świecie. Panie Doktorze, jestem szczęśliwa, moje marzenia, ma radość żywa i moje serce - wszystko to dla Pana w podzięce dziś składam.

 

 

(Zuzanna drugą dłonią obejmuje Doktora. Ksiądz przygląda się tej scenie Ksiądz milczeniu. Naraz klaszcze Ksiądz dłonie, podnosi sutannę jakby miał zaraz gdzieś biec)

 

 

Ksiądz

O la, la, ale tu zabawiłem! A zatem dziatki moje kochane. Dobrze się z wami gawędziło. Niestety, obowiązki mnie wzywają. Wierni z pewnością już pod kościołem na mnie czekają i to od dawna.

 

(Oddala się i do siebie mówi wesoło)

 

No to będzie weselisko! Ślub i wesele będzie już blisko! Oj, będzie się działo, będzie się działo to wszystko szybko. Bo i po co to czekać, gdy szczęście biegnie do nas i uśmiecha się z daleka?

 

 

 

 

 

 

                                             SCENA VIII

 

 

(Włóczęga i Ksiądz)

 

(Włóczęga wychodzi z domu Zuzanny wprost na Księdza)

 

 

 

Ksiądz

Coś ty za jeden?

 

 

Włóczęga

Sam już to nie wiem. Skąd mogę wiedzieć? Ot, ktoś przygarnie .Tułam się tułam po tym padole. Lecz sił nie starcza.

 

(Włóczęga zanosi się suchym kaszlem)

 

To jest mój koniec Ot, umrzeć przyjdzie w przydrożnym rowie, a tyle marzeń nosiłem w sobie...

 

 

Ksiądz

Co za marzenia?

 

 

Włóczęga

By ludziom dobroć i miłość, cnotę i wiarę zaszczepiać w duszy. By się lubili i szanowali, może jeszcze i to, by młodzi starym pomagali, by nikt nie skrzywdził dziecka małego, by dobro górą było nad złego uczynkiem złudnym... By los biedaków nie był tak trudny i smutny, gdy rząd w dostatki opływa zbytnie... By...

 

 

(Ksiądz dobrodusznie poklepuje Włóczęgę po plecach)

 

 

Ksiądz

I jak ty chciałeś nam świat ten zbawić? Czy chciałeś ludziom morały prawić?

 

 

Włóczęga

Nie, skądże znowu! Przemierzyłem świat od końca do końca znam legend i baśni tysiące. Chcę je ludziom przekazywać, by potrafili złote ziarna z nich czerpać. Takie, które zagoszczą miłością w ich sercach.

 

Ksiądz

Ach, baśnie, baśnie, baśnie powiadasz…

 

 

 

Włóczęga

W baśniach tkwi mądrość owa prawdziwa. Kto ich wysłucha z otwartą głową, w wędrówkę życia ruszy odważnie i nie ulęknie się trwóg i przeszkód, bo dobre moce pójdą mu wespół.

 

 

Ksiądz

Dobrze powiadasz, dobry człowieku.

 

 

(Włóczęga nagle ożywia się i mówi z uniesieniem)

 

 

Włóczęga

W dzieciach tkwi mądrość przyszłych pokoleń. W ich rękach pokój, unikanie wojen lub krwawe bitwy o błahe sprawy. Po co im mądre kazusy prawić? Po co im wbijać ciągle do głowy niezrozumiałe formy i treści, zamiast łagodne te opowieści, z których najprostszą, najkrótszą drogą dobro i miłość, braterstwo, praca do serc ich wejdzie. Może zagości tam też na dłużej spokój i szczęście?

 

 

Ksiądz

Zamieszkaj ze mną dobry człowieku może swoją wiedzą i spokojem zaszczepisz miłość w owieczkach moich. Może wrócą minione chwile, gdyśmy wspólnie jedność tworzyli? Opowiadaj ludziom legendy i baśnie. Dziel się, jak dobrą nowiną, niech im miło chwile płyną, po pracy żmudnej i ciężkiej. Mam przykościelną salkę niedużą, zamieszkaj tam, niech się ludziom na coś przysłuży.

 

(Ksiądz bierze Włóczęgę pod rękę Ksiądz wychodzą)

                                     

 

 

 

                                     SCENA IX

 

 

(Włóczęga, Ksiądz, Zuzanna, Doktor, Drwal, Paciaty, Paciatowa, Karczmarz, Karczmarzowi)

 

 

 

 

 

(Włóczęga siedzi na stołku ładnie ubrany. Przed nim na stołeczkach siedzą: Zuzanna i Doktor. Po kolei wchodzą pozostali aktorzy. Każdy siada cichutko na stołeczku. Są ładnie ubrani. Mężczyźni zdejmują czapki z głów. Jako ostatni wchodzą: Karczmarz i Karczmarzowa. Ksiądz chodzi tam i z powrotem i z niedowierzaniem przygląda się wszystkiemu. Włóczęga coś z przejęciem opowiada. Po chwili zaczyna mówić trochę głośniej)

 

 

Włóczęga

„Do kraju tego, gdzie kruszynę chleba

Podnoszą z ziemi przez uszanowanie

Dla darów Nieba

                            Tęskno mi, Panie…”[2]

 

 

(Ksiądz mówi do siebie)

 

 

Ksiądz

I przychodzą, i słuchają, z jego rady korzystają… Nie do wiary! Nie do wiary! Taki stary i w łachmanach, a potrafił ludzi zbratać.

 

 

(Ludzie zaczynają się rozchodzić. Podają sobie dłonie. Po długiej chwili Ksiądz podchodzi do Włóczęgi)

 

Ksiądz

Jak tego dokonałeś? Ja tyle razy, podczas kazania, wskazywałem rozwiązania i nic z tego nie dotarło do żadnego z nich.

 

 

Włóczęga

Baśnie, mój bracie, ja łagodne treści ludziom daję, a oni sami w nich wskazówek na życie szukają.

 

Ksiądz

Baśnie? Ale…

 

 

Włóczęga

Baśń opowieścią najsłodszą bywa, tym bardziej słodką, gdy jest prawdziwa.

 



[1] Johann Wolfgang von Goethe. Wiersze. Warszawa 1970.

[2] Cyprian Kamil Norwid. Poezje. Moja piosenka (II). Warszawa 1996.