Karol Wojtyła zanim został papieżem
Rok wydania: 2020

 

W końcu spadł pierwszy śnieg. Pan Karol, jak w każdą sobotę spakował małą podróżną walizkę, by gdy tylko Lolek wróci ze szkoły, jechać do Bielska. Wracali od Mundka zazwyczaj w niedzielę późnym wieczorem. Teraz żyło im się dużo lepiej. Weekendy spędzone w Bielsku dla całej trójki należały do najszczęśliwszych dni tygodnia. Tego dnia przed gabinetem Edmunda spotkali ordynatora. Blady jak ściana dyskutował z pielęgniarką. Na widok pana Wojtyły przerwał rozmowę i podszedł energicznym krokiem.

- Panie Wojtyła - Ordynator zamilkł, jakby nagle zabrakło mu słów Przełknął ślinę i drżącym głosem wydusił: - Edmund jest w bardzo ciężkim stanie.

- Co takiego? - wykrzyknął pan Karol. - Co się stało?

- Całą noc z czwartku na piątek opiekował się chorą pacjentką i niestety, zaraził się od niej szkarlatyną.

Lolkiem wstrząsnął zimny dreszcz. Poczuł jakby ziemia usuwała mu się spod nóg. Wpatrywał się w ordynatora, nic nie rozumiejąc.

- Panie doktorze - wtrącił się do rozmowy dorosłych, czego nigdy wcześniej nie robił - ale jak to? Przecież Munduś w zeszłą niedzielę, gdy wyjeżdżaliśmy, był zdrowy. Śmiał się i żartował, dlaczego zachorował? - wyszeptał przez zaciśnięte gardło.

- To się stało nagle, chłopcze. W piątek było z nim bardzo źle. Dziś jego stan jest bardzo ciężki. Naprawdę mi przykro. Ty też dziecko musisz uważać. W Bielsku panuje epidemia szkarlatyny.

- Czy on wyjdzie z tego, panie doktorze? - Pan Karol oparł się o ścianę w obawie, że się przewróci.

- Niestety, nie ma żadnej nadziei. - Lekarz zwiesił głowę. - Proszę się z nim pożegnać. On nie przeżyje tej nocy - dodał ledwie poruszając ustami.

Pan Wojtyła przytulił Lolka bez słowa i z bólem serca poszedł za ordynatorem, by pożegnać umierającego syna. Lolek został w gabinecie pielęgniarek. Dzieciom nie wolno było wchodzić na oddział zakaźny. Usiadł na krześle, oparł głowę o biurko i zaniósł się szlochem. Jeszcze nigdy nie czuł takiej pustki, nawet po śmierci mamy. Edmund był dla niego wszystkim. Nie tylko starszym bratem, ale najserdeczniejszym przyjacielem. Powierzali sobie wszystkie tajemnice i najskrytsze marzenia. Lolek płakał całą noc i cały dzień. Pielęgniarki przyniosły mu jedzenie, ale nie tknął niczego. Co jakiś czas pan Wojtyła blady jak ściana zjawiał się, by choć na chwilę pobyć z młodszym synem. W niedzielę późnym wieczorem, gdy Lolek wypłakał już niemal wszystkie łzy, poczuł czyjąś dłoń na ramieniu. Podniósł zzmęczone oczy. Przed nim stała pielęgniarka w białym wykrochmalonym fartuchu. Uśmiechnęła się do niego, a w jej oczach, mimo smutku, dało się zauważyć łagodność i nieskończoną dobroć.

- Masz na imię Karol, prawda? - spytała.

Ledwo skinął głową.

- Karolu - przykucnęła przy nim. - Tak mi przykro. Twój brat odszedł do Boga. Był dzielnym człowiekiem. Mądrym, odważnym, współczującym, a do tego wesołym i dobrym. Oddanym swoim małym pacjentom. Na zawsze pozostanie w naszych sercach.

Lolek słuchał ze spuszczoną głową, brakowało mu słów, by wypowiedzieć swój smutek.

- Proszę, weź to. - Wyciągnęła rękę. - To stetoskop należący do Edmunda. Na pewno chciałby, żebyś to właśnie ty go miał.

- Dziękuję - wyszeptał przez łzy. Po chwili dodał jakby do siebie: - To już druga rzecz, z którą nigdy się nie rozstanę. - Ucałował stetoskop i przycisnął do serca.

- A jaka jest pierwsza? - spytała kobieta i uśmiechnęła się łagodnie, by choć na chwilę wyrwać go ze smutku.

- Zdjęcie mojej świętej pamięci mamusi, na którym trzyma mnie w ramionach - odpowiedział cicho.

- Biedne dziecko. - Pielęgniarka przytuliła go mocno. - Biedne dziecko - powtórzyła. - Och, dlaczego spotkało cię takie nieszczęście? - rozpłakała się nagle. - To straszne, straszne.

- Widocznie Pan Bóg tak chciał. - Lolek zamyślił się dłuższą chwilę. - Chyba Munduś w Niebie jest komuś bardziej potrzebny, niż mnie. Może mamusia i Olgusia mocniej go potrzebowały.

Pan Karol Wojtyła, choć sam bardzo cierpiał po stracie najstarszego syna, za wszelką cenę pragnął uchronić Lolka od przejmującego smutku, w który chłopiec często popadał. Pewnego dnia sprawił mu niezwykły prezent.

- Narty? - Lolek oglądał parę wspaniałych oryginalnych nowiutkich nart, na jakie na pewno nie było ich stać. - Tatku, przecież te narty kosztowały majątek! - wykrzyknął zdumiony.

- Nie martw się, synku. Poradzimy sobie. Odkładałem na co innego, ale myślę, że narty są nam teraz bardziej potrzebne - uśmiechnął się tata. - Sobie też kupiłem, ale używane.

- Tatusiu, jakie piękne! Dziękuję ci. Nawet o takich nigdy nie marzyłem. Czy możemy je jutro wypróbować? - Lolek nie mógł oderwać wzroku od prezentu.

- Oczywiście, Lolusiu. Jutro ruszamy w góry!

Lolek na nartach czuł się jak ryba w wodzie. W każdą wolną chwilę z tatą i z kolegami szusowali po zboczach gór. Chłopcy wpadli też na pomysł, by uprawiać skoki narciarskie, a że w pobliżu nie było skoczni, sami ją sobie zbudowali ze śniegu. Rekord skoczni wyniósł sześć metrów, co napawało młodych skoczków niesamowitą dumą. Z nadejściem wiosny, gdy jazda na nartach stała się zbyt niebezpieczna, a skocznia się roztopiła, chłopcy zapisali się do kółka dramatycznego. Lolek pasji aktorskiej oddał całe swoje serce. Gdy grał, czuł się, jakby Edmund był blisko niego. Z kolegami i z koleżankami z teatru stworzyli wesołą paczkę przyjaciół. Lolek z Halinką Królikiewicz z żeńskiego gimnazjum, zawsze grali główne role, a bywało, że w jednej sztuce Karol grywał dwie lub trzy postacie, zastępując tych, którzy zachorowali, bo jako jedyny uczył się na pamięć całego scenariusza. Tuż przed maturą Lolka do Wadowic przyjechał z wizytą znakomity Polak otoczony wielką czcią arcybiskup metropolita krakowski książę Adam Sapieha, za swoją odwagę i męstwo nazywany przez Polaków Księciem Niezłomnym. Jego odwiedziny wywołały ogromne poruszenie w mieście, a szczególnie w kościele. Księża dwoili się i troili, żeby wszystko wypadło jak najlepiej.

- Och, zapomniałem o przemówieniu - zmartwił się ksiądz Zacher z parafii pod wezwaniem Najświętszej Maryi Panny.

- Niech ksiądz powierzy komuś z przyszłych maturzystów przywitanie arcybiskupa - podpowiedział młody wikariusz.

- Wojtyła! - wykrzyknął uradowany ksiądz. - Nikt tak przepięknie nie przemawia jak on.

W piękny majowy słoneczny dzień wszyscy mieszkańcy Wadowic przyszli przywitać arcybiskupa Sapiehę. Gdy pieśni kościelne umilkły, a kosze dzieci sypiących kwiatki opustoszały, na specjalnie przygotowane podium wszedł młody Karol Wojtyła. W najpiękniejszych słowach naszego ojczystego języka wyraził to, co od dawna czuł: miłość do Boga. Opowiadał, że spotyka Stwórcę pośród szumiących drzew, na szczytach gór, na kalwaryjskich Dróżkach Maryi, w modlitwie i w każdej codziennej czynności. Gdy skończył, zerwał się huragan braw. Wzruszeni mieszkańcy wiwatowali na cześć Lolka. Nigdy nie słyszeli tak pięknej przemowy.

- Kim jest ten młody człowiek? - książę Sapieha wstał i podszedł do księdza Zachera.

- To Karol Wojtyła, ekscelencjo. Za kilka dni zdaje maturę. Niezwykle mądry i utalentowany chłopak. Włada biegle kilkoma językami. Zna łacinę, grekę, do tego doskonale wychowany, szlachetny, grzeczny, od wielu lat codziennie służy do mszy - ksiądz Zacher wyprostował się dumnie, jakby on sam tego dokonał.

- A powiedzcie mi, księże, czy przypadkiem ten młodzieniec nie wybiera się na teologię? - spytał arcybiskup z nadzieją w głosie.

- Niestety, ekscelencjo, z tego, co mi wiadomo, wybiera się na Uniwersytet Jagielloński na filologię polską. Pragnie zostać aktorem i trzeba przyznać ma do aktorstwa smykałkę. Polonista Kazimierz Foryś nie może się go nachwalić, a i Mieczysław Kotlarczyk opiekujący się teatrem wziął go pod swoje skrzydła i wróży mu wielką aktorską karierę.

- Szkoda, wielka szkoda - zasmucił się książę Sapieha. - Byłby doskonałym księdzem - westchnął. - Rzadko kto tak potrafi porwać tłumy. - dodał.