Od wielu lat piszę książki, ale długo nie miałam śmiałości pokazać ich komukolwiek. Znała je tylko moja mama i mój synek, który dziś jest o głowę wyższy ode mnie. Pierwszego wydawcę znalazłam wertując książkę telefoniczną, drugiego przez Internet, trzeciego polecił mi ktoś znajomy. Efekt wydawniczy był mizerny. Przestałam wierzyć, że kiedykolwiek zobaczę własną książkę. Sporo baśni zniszczyłam, sporo zaginęło. Nie miałam komputera i pisałam ręcznie w jednym tylko egzemplarzu. Ktoś mi powiedział, że wydawców nie interesują ręcznie pisane książki, więc przychodziłam o czwartej rano do firmy, w której pracowałam i przepisywałam swoje teksty.


       Pewnego dnia mój pracodawca – mgr inż. Adam Nowosad właściciel firmy DROZD, oświadczył, że teraz on będzie wydawał moje książki. „To niemożliwe! – prawie się rozpłakałam. – Niemożliwe, żeby szef, który jest inżynierem spożywcą i w dodatku prowadzi sieć hurtowni hydraulicznych, wydawał moje książki”. Kto zna jednak pana Nowosada, ten wie, że jak ON coś postanowi, to już nie ma odwołania. Na nic się zdały protesty, łzy, błagania. Ukazały się „książki z wróżką,” czyli ze mną na okładce. Bałam się, że firma szefa poniesie stratę, więc z koleżanką – Marią Obszańską – jeździłyśmy od księgarni do księgarni na terenie całej Polski i prosiłyśmy, żeby księgarnia przyjęła nasze książki w komis (jednym słowem zapłaciła po sprzedaży). Niestety, w księgarniach słyszałyśmy tylko: „Piasecka? Piasecka? Mówi się o niej w telewizji?” „Niestety, nie” – odpowiadałam ze łzami w oczach, nie przyznając się nawet, że to ja jestem autorką. „A to dziękuję!” – słyszałam w odpowiedzi – „Proszę przyjść, jak będzie znana. Teraz sprzedaje się tylko Harry Potter i podręczniki szkolne”. Był to dla mnie bardzo trudny okres. Czytałam więc baśnie na festynach, na imprezach plenerowych, aż do chwili, gdy Panie Bibliotekarki odkryły moje książki. Dzisiaj nie ma chyba ani jednej biblioteki w Polsce, która nie miałaby ich w swoim księgozbiorze.


       W obecnych czasach, mimo tak wielu środków przekazu, bardzo trudno „przebić się” z informacją o książce. Media zajęte są pogonią za sensacją. O tym, że Madonna wydała książkę, poinformowały nas wszystkie serwisy informacyjne, ale wymienienie choćby jednego nazwiska współcześnie żyjącego pisarza lub poety, sprawiłoby nie lada kłopot większej części społeczeństwa. Dziś wiem, że napisanie książki, to przyjemność, gdy się ma pomysł i dar pisania, ale sprawienie, by dotarła do Czytelników, graniczy niemal z cudem. Wielu utalentowanych pisarzy do końca swojego życia będzie pisać do szuflady, marząc jedynie, aby ich dzieło ujrzało światło dzienne. Ale czy rzeczywiście aż cudu potrzeba, żeby mogła zabłysnąć czyjaś szczęśliwa gwiazda?


       Dziękuję wszystkim życzliwym ludziom, którzy pomogli mi w tworzeniu książek, a w szczególności: Adamowi Nowosadowi – mojemu dotychczasowemu wydawcy, który „zrobił” ze mnie pisarkę; Marii Obszańskiej – wiernej przyjaciółce, bez której dawno bym się poddała; Janowi Puchalskiemu – właścicielowi firmy Pujan, sprawującej mecenat nad książkami; Ewie Jabłońskiej – szalonej nauczycielce, która wychowała drugie pokolenie przedszkolaków na moich baśniach; Mamie i Synkowi – subiektywnym czytelnikom; Bibliotekarzom, Nauczycielom, Rodzicom, którzy polecają i czytają dzieciom moje książki i oczywiście kochanym Czytelnikom.